Percy obudził się zlany potem. Miał koszmary, w których na tysiące różnych sposobów umierał na Głodowych Igrzyskach. Naprawdę bał się wyjścia na arenę. Nie wiedział, jak zareagują jego przyjaciele. Będą chcieli go zabić, czy raczej pomóc mu. Wiedział, że z niektórymi z nich się pokłócił, dlatego teraz mogą chcieć się na nim zemścić, to na przykład tnąc go mieczem prosto w brzuch. W jego pokoju rozległ się głos: "Za dziesięć minut spotkanie na dachu." Percy postanowił, że przez te dziesięć minut nie będzie myślał o śmierci, tylko o czymś wesołym. Jego życie było pełne walki, presji i cierpienia, ale był także lojalnym przyjacielem, przeżył z przyjaciółmi wiele ciekawych chwil. Przypomniał sobie bitwę o sztandar, kiedy został uznany. Przypomniał sobie pierwszy pocałunek z Annabeth. Jego brata - Tysona oraz Tęczusia. Percy trochę się rozweselił. Wstał i szybkim krokiem wyszedł na korytarz, po czym udał się na dach, gdzie mieli się spotkać. Dzień zapowiadał się ponuro. Pogoda była mizerna, zanosiło się na deszcz. Po kilku minutach na dachu była już cała jedenastka herosów. Wszczepiono im lokalizatory. Co tu więcej gadać. Potem zabrali ich do wielkiego statku i lecieli na arenę. Mieli ostatnią okazję, żeby porozmawiać, ale nikt się nie odzywał. W końcu Percy szepnął do pozostałych skromne słowa pożegnania i życzył powodzenia. Jednak nie poczuł się po tym lepiej. Chyba odebrali to jako puste słowa rzucone na wiatr. Poinformowano ich, że do przylotu została tylko minuta, więc odpięli pasy bezpieczeństwa. Niektórzy wyglądali na zdenerwowanych, inni byli bardziej spokojni. W końcu herosi wysiedli ze statku. Drzwi się otworzyły. Percy'ego w pierwszej chwili oślepiło światło. Zaraz zobaczył jednak budynek, gdzie wszyscy weszli. Każdy skierował się do swojego pomieszczenia z numerem domku w obozie. Percy zatrzasnął za sobą drzwi. Był lekko zdenerwowany, ale skupiony. Założył kurtkę przeciwdeszczową. Rozległ się sygnał, więc Percy ustawił się w windzie. Jeszcze raz Spojrzał na znany mu świat i zamknął oczy. Czuł, że winda się porusza. Otworzył oczy. Zobaczył pozostałą dziesiątkę przyjaciół. Arena wyglądała jak las deszczowy. Było tam dużo drzew, zwisały z nich liany. Na pewno jest tam pełno dzikich zwierząt. Jest tam także woda, którą Percy wyczuł z odległości kilku kilometrów. Po swojej prawej stronie zobaczył wielki Róg Obfitości, na który wcześniej nie zwrócił uwagi. Odliczanie trwało: "33...32...31..." Percy dostrzegł miecz w Rogu Obfitości i już wiedział, że będzie musiał tam biec. Po drodze weźmie także plecak i nóż.
-Dobra, trzeba postępować według planu - pomyślał. "15...14...13..." Percy zobaczył niewyraźną minę Annabeth oraz smutną twarz Leo stojącego na podeście obok. "8...7.." Chłopak odwrócił się i spostrzegł za sobą wielkie drzewo. Nie było duże, było wielkie! Ale teraz Percy musiał się skupić na igrzyskach, nie na roślinach. "4...3...2..." Percy wstrzymał oddech. Cały czas zatrzymał się w miejscu. Zobaczył wszystkie swoje lata, od małego, do dorosłego wręcz chłopaka. Nagle coś wyrywało go z zamyśleń. Była to strzała, która przeleciała tuż przed jego oczami, kalecząc mu czubek nosa. Percy złapał się za ranę i szybko zaczał biec po plecak. Wiedział, że po miecz już nie zdąży, ma go Jason. Percy zaklął po grecku. Zdezorientowany nie usłyszał nawet sygnału startu, mógł zapłacić za to życiem, ale jednak przeżył. Wyobraził sobie minę Clarrise. Posmutniała, że ktoś chybił, może odwrotnie? Percy złapał plecak i zaczął uciekać do lasu.
-Kto mógł do mnie strzelić? - zastanawiał się - pewnie Thalia, ale dlaczego chybiła? Nie miał czasu na myślenie. Rozpaczliwie bolał go nos, przez to biegł wolniej niż inni. Zawrócił jednak i szybko złapał wolny łuk. Przeturlał się po ziemi unikając oszczepu i skierował się w gęstwinę drzew i krzewów. Słyszał krzyki dochodzące spod Rogu Obfitości. Za chwilę usłyszał wystrzał, co oznaczało, że ktoś umarł. Nie zastanawiał się kto, ale przewidywał kogoś z najbliższych mu herosów. Annabeth albo Thalię. Nie, one na pewno przeżyły. Starał się nie myśleć o tym, że Ann może umrzeć. Jednak ta myśl trapiła go od poprzedniego dnia i za nic nie chciała się od niego odczepić. Zapomniał o plecaku, który rozpaczliwie złapał. Kiedy zaszył się wśród zielonych liści otworzył go. Znalazł w środku linę, pustą butelkę, dwa metalowe haczyki, winogrona oraz koc, którym może się przykryć podczas zimnych nocy. W bocznej kieszonce dostrzegł kurtkę przeciwdeszczową zwiniętą w rulon. Trochę się uspokoił. Wzięcie plecaka okazało się dobrym wyborem. Jednak nadal pozostaje bez broni. "Pamiętaj, kto jest twoim prawdziwym wrogiem." Teraz zrozumiał. Sam był swoim wrogiem. To przez siebie samego nie zdobył broni. Teraz chłopak postanowił się skupić na wygranej. Bez względu na to, co jest przygotowane, żeby go zabić. Zbliżał się wieczór, Percy szedł głębiej do lasu, żeby przeciwnicy tak łatwo go nie znaleźli. Wyczuwał wodę niedaleko siebie, pytanie tylko, czy była słodka, czy słona. Poza tym chłopak cały się trząsł, z czego nie był zadowolony. Nie chciał już podczas pierwszej doby zachorować. Percy szedł dalej. Krajobraz powoli się zmieniał. Kiedy weszło się głębiej do lasu, można było dostrzec dzikość tego miejsca. Rośliny rosły na sobie nawzajem chcąc dotrzeć do promieni słonecznych. Wszędzie była wilgoć. Trzeba było uważać gdzie się stąpa. Percy prawie wszedł na węża. Tego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.
-To dobrze - pomyślał Percy - przynajmniej nie będzie padać. Chłopak zaczynał myśleć intensywniej o rozbiciu obozu. Nie wiedział gdzie ma spać. Na ziemi? A może pod wodą? Chłopak miał dużo pytań, tyle że nie miał komu ich zadać. Lubił podróże, więc zaczął się rozglądać po okolicy. Zaczął zbierać mniej wilgotne gałęzie, żeby chociaż spróbować rozpalić ogień. W lesie można było spotkać dużo dzikich zwierząt. Percy zapoznał się z jedną papugą, która wyraźnie go przedrzeźniała. Od początku jej nie lubił, ale po godzinie wspólnej podróży, jakoś przyzwyczaił się do jej towarzystwa. Nagle usłyszał szelest w krzakach znajdujących się kilka metrów od niego. Dopiero teraz uświadomił sobie, że on sam powinien ciszej chodzić. Percy chwycił swój łuk i strzelił w zarośla. Usłyszał szelest, a potem cichy dźwięk upadku. Podszedł bliżej, nie tracąc czujności. Zajrzał za krzaki i bardzo się ucieszył. Percy upolował królika! Nigdy nie potrafił strzelać z łuku, jednak szczęśliwie ustrzelił coś do jedzenia.
-No, przydałoby się jakieś miejsce do spania - powiedział półgłosem do samego siebie. Percy cały czas był niespokojny. W tym lesie było coś przerażającego. Usłyszał dziwny hałas. To był nieznany wcześniej mu dźwięk, Coś się zbliżało. Chłopak odwrócił się , ale było za późno. Chłopak zdążył jedynie odskoczyć, kiedy wielka kula z kamienia, błota i wszystkiego innego po czym się przeturlała, przejechała po jego nodze boleśnie ją kalecząc. Percy wymusił się jednak na odrobinę uśmiechu.
-Przynajmniej się nie złamała - zauważył. Jego papuga, którą potem nazwał Bryza, wydawała na przemian okrzyki radości i piski, które brzmiały jak śmiech. Percy nie mógł biegać. Mógł wolno chodzić, z największą ostrożnością stawiał bolącą stopę na ziemi. Nie sprawiało mu to radości. Po godzinie marszu w tempie naprawdę powolnego spacerowicza, Percy zauważył dużą jaskinię. Chłopak podszedł bliżej, a potem całkiem zanurkował w cieniu. Na dworze było potwornie gorąco, więc Percy odczuł ulgę wchodząc do chłodnego pomieszczenia. Sprawdził, czy nie ma tam niczego groźnego. Nie znalazł pułapek ani zwierząt. Jaskinia była bardzo mała. Mogła pomieścić najwyżej kilka osób, ale Percy'emu to wystarczało, byle tylko mógł tu bezpiecznie spać. Chłopak obejrzał swoją nogę. Nie wyglądała zbyt dobrze. Miał wielkiego guza na środku, cała była obtarta i w wielu miejscach sączyła się krew. Percy poszedł niechętnie do lasu, skąd wziął kilka wilgotnych, wielkich liści. Przywiązał je lekko sznurkiem, który znalazł w plecaku, do nogi. Był z siebie zadowolony. Noga powinna wyzdrowieć za kilka dni, a przynajmniej tak mu się zdawało. Położył zebrane wcześniej gałązki na ziemi i zaczął układać z nich stertę. Kiedy skończył, Spojrzał na nią. Wyglądała dość dobrze, nadawała się do rozpalenia ognia.
- Ogień - pomyślał - skąd ja go niby wezmę? Potrzebował choćby najmniejszego płomyka. Dobrze zbudowana konstrukcja zapaliła by się od razu. Dzięki temu nie zamarzł by w nocy oraz mógłby upiec upolowanego królika. Dopiero teraz przypomniał sobie jak bardzo jest głodny. Chłopak znalazł dwa kamienie i zaczął stukać jednym w drugi, w nadziei, że poleci z nich iskra. W końcu mu się udało. Iskra, a raczej iskry, podpaliły ognisko i po chwili Percy smażył już królika.
- Dobrze czasem coś zjeść - pomyślał. Królik był bardzo mały, ale Percy wiedział, że musi mu to wystarczyć. Nagle usłyszał coś w krzakach nieopodal. Nie ruszał się. Nie oddychał. I po chwili krew odeszła mu z twarzy. Zobaczył Leo Valdeza. Chłopak miał smutne wrażenie, że czeka go pierwsza walka...
-Dobra, trzeba postępować według planu - pomyślał. "15...14...13..." Percy zobaczył niewyraźną minę Annabeth oraz smutną twarz Leo stojącego na podeście obok. "8...7.." Chłopak odwrócił się i spostrzegł za sobą wielkie drzewo. Nie było duże, było wielkie! Ale teraz Percy musiał się skupić na igrzyskach, nie na roślinach. "4...3...2..." Percy wstrzymał oddech. Cały czas zatrzymał się w miejscu. Zobaczył wszystkie swoje lata, od małego, do dorosłego wręcz chłopaka. Nagle coś wyrywało go z zamyśleń. Była to strzała, która przeleciała tuż przed jego oczami, kalecząc mu czubek nosa. Percy złapał się za ranę i szybko zaczał biec po plecak. Wiedział, że po miecz już nie zdąży, ma go Jason. Percy zaklął po grecku. Zdezorientowany nie usłyszał nawet sygnału startu, mógł zapłacić za to życiem, ale jednak przeżył. Wyobraził sobie minę Clarrise. Posmutniała, że ktoś chybił, może odwrotnie? Percy złapał plecak i zaczął uciekać do lasu.
-Kto mógł do mnie strzelić? - zastanawiał się - pewnie Thalia, ale dlaczego chybiła? Nie miał czasu na myślenie. Rozpaczliwie bolał go nos, przez to biegł wolniej niż inni. Zawrócił jednak i szybko złapał wolny łuk. Przeturlał się po ziemi unikając oszczepu i skierował się w gęstwinę drzew i krzewów. Słyszał krzyki dochodzące spod Rogu Obfitości. Za chwilę usłyszał wystrzał, co oznaczało, że ktoś umarł. Nie zastanawiał się kto, ale przewidywał kogoś z najbliższych mu herosów. Annabeth albo Thalię. Nie, one na pewno przeżyły. Starał się nie myśleć o tym, że Ann może umrzeć. Jednak ta myśl trapiła go od poprzedniego dnia i za nic nie chciała się od niego odczepić. Zapomniał o plecaku, który rozpaczliwie złapał. Kiedy zaszył się wśród zielonych liści otworzył go. Znalazł w środku linę, pustą butelkę, dwa metalowe haczyki, winogrona oraz koc, którym może się przykryć podczas zimnych nocy. W bocznej kieszonce dostrzegł kurtkę przeciwdeszczową zwiniętą w rulon. Trochę się uspokoił. Wzięcie plecaka okazało się dobrym wyborem. Jednak nadal pozostaje bez broni. "Pamiętaj, kto jest twoim prawdziwym wrogiem." Teraz zrozumiał. Sam był swoim wrogiem. To przez siebie samego nie zdobył broni. Teraz chłopak postanowił się skupić na wygranej. Bez względu na to, co jest przygotowane, żeby go zabić. Zbliżał się wieczór, Percy szedł głębiej do lasu, żeby przeciwnicy tak łatwo go nie znaleźli. Wyczuwał wodę niedaleko siebie, pytanie tylko, czy była słodka, czy słona. Poza tym chłopak cały się trząsł, z czego nie był zadowolony. Nie chciał już podczas pierwszej doby zachorować. Percy szedł dalej. Krajobraz powoli się zmieniał. Kiedy weszło się głębiej do lasu, można było dostrzec dzikość tego miejsca. Rośliny rosły na sobie nawzajem chcąc dotrzeć do promieni słonecznych. Wszędzie była wilgoć. Trzeba było uważać gdzie się stąpa. Percy prawie wszedł na węża. Tego dnia na niebie nie było ani jednej chmurki.
-To dobrze - pomyślał Percy - przynajmniej nie będzie padać. Chłopak zaczynał myśleć intensywniej o rozbiciu obozu. Nie wiedział gdzie ma spać. Na ziemi? A może pod wodą? Chłopak miał dużo pytań, tyle że nie miał komu ich zadać. Lubił podróże, więc zaczął się rozglądać po okolicy. Zaczął zbierać mniej wilgotne gałęzie, żeby chociaż spróbować rozpalić ogień. W lesie można było spotkać dużo dzikich zwierząt. Percy zapoznał się z jedną papugą, która wyraźnie go przedrzeźniała. Od początku jej nie lubił, ale po godzinie wspólnej podróży, jakoś przyzwyczaił się do jej towarzystwa. Nagle usłyszał szelest w krzakach znajdujących się kilka metrów od niego. Dopiero teraz uświadomił sobie, że on sam powinien ciszej chodzić. Percy chwycił swój łuk i strzelił w zarośla. Usłyszał szelest, a potem cichy dźwięk upadku. Podszedł bliżej, nie tracąc czujności. Zajrzał za krzaki i bardzo się ucieszył. Percy upolował królika! Nigdy nie potrafił strzelać z łuku, jednak szczęśliwie ustrzelił coś do jedzenia.
-No, przydałoby się jakieś miejsce do spania - powiedział półgłosem do samego siebie. Percy cały czas był niespokojny. W tym lesie było coś przerażającego. Usłyszał dziwny hałas. To był nieznany wcześniej mu dźwięk, Coś się zbliżało. Chłopak odwrócił się , ale było za późno. Chłopak zdążył jedynie odskoczyć, kiedy wielka kula z kamienia, błota i wszystkiego innego po czym się przeturlała, przejechała po jego nodze boleśnie ją kalecząc. Percy wymusił się jednak na odrobinę uśmiechu.
-Przynajmniej się nie złamała - zauważył. Jego papuga, którą potem nazwał Bryza, wydawała na przemian okrzyki radości i piski, które brzmiały jak śmiech. Percy nie mógł biegać. Mógł wolno chodzić, z największą ostrożnością stawiał bolącą stopę na ziemi. Nie sprawiało mu to radości. Po godzinie marszu w tempie naprawdę powolnego spacerowicza, Percy zauważył dużą jaskinię. Chłopak podszedł bliżej, a potem całkiem zanurkował w cieniu. Na dworze było potwornie gorąco, więc Percy odczuł ulgę wchodząc do chłodnego pomieszczenia. Sprawdził, czy nie ma tam niczego groźnego. Nie znalazł pułapek ani zwierząt. Jaskinia była bardzo mała. Mogła pomieścić najwyżej kilka osób, ale Percy'emu to wystarczało, byle tylko mógł tu bezpiecznie spać. Chłopak obejrzał swoją nogę. Nie wyglądała zbyt dobrze. Miał wielkiego guza na środku, cała była obtarta i w wielu miejscach sączyła się krew. Percy poszedł niechętnie do lasu, skąd wziął kilka wilgotnych, wielkich liści. Przywiązał je lekko sznurkiem, który znalazł w plecaku, do nogi. Był z siebie zadowolony. Noga powinna wyzdrowieć za kilka dni, a przynajmniej tak mu się zdawało. Położył zebrane wcześniej gałązki na ziemi i zaczął układać z nich stertę. Kiedy skończył, Spojrzał na nią. Wyglądała dość dobrze, nadawała się do rozpalenia ognia.
- Ogień - pomyślał - skąd ja go niby wezmę? Potrzebował choćby najmniejszego płomyka. Dobrze zbudowana konstrukcja zapaliła by się od razu. Dzięki temu nie zamarzł by w nocy oraz mógłby upiec upolowanego królika. Dopiero teraz przypomniał sobie jak bardzo jest głodny. Chłopak znalazł dwa kamienie i zaczął stukać jednym w drugi, w nadziei, że poleci z nich iskra. W końcu mu się udało. Iskra, a raczej iskry, podpaliły ognisko i po chwili Percy smażył już królika.
- Dobrze czasem coś zjeść - pomyślał. Królik był bardzo mały, ale Percy wiedział, że musi mu to wystarczyć. Nagle usłyszał coś w krzakach nieopodal. Nie ruszał się. Nie oddychał. I po chwili krew odeszła mu z twarzy. Zobaczył Leo Valdeza. Chłopak miał smutne wrażenie, że czeka go pierwsza walka...
Jeju, kto umarł? ;-;
OdpowiedzUsuńA co do tej strzały którą dostał w nos to sądzę, że ktoś chciał go "otrząsnąć", żeby się ruszył XD
Walka z Leo? O.O Jak to? :C
Szczerze mówiąc to nie wyobrażam sobie tego, że ktoś z nich umrze ;^;
Rozdział super, czekam na następny :3
Weny i pozdrawiam
Nieoficjalna :3
Dziękuję i również pozdrawiam :)
UsuńJacper
I taka ulga że Leo żyje. Ufff
OdpowiedzUsuńPierwsza yay ^^
Odliczanie (jak zawsze) trzymało w napięciu. Jeśli można to czy będzie wiadomo kto zginął? Choć dwóch moich faworytów teraz będzie się bić (oby zawali sojusz czy coś takiego). Kończe bo tylko tracenie czasu na czytanie moich komentarzy, więc im krócej tym lepiej-.-
Jacper dawaj dalej
Pozdrawiam i czekam na c.d.
~ Lucy
Dziękuję :) Co do pytania, to tajemnica :)
UsuńPozdrawiam, Jacper
Mam nadzieję, że Leo i Percy zawrzą ze sobą sojusz. I że wszyscy herosi będą mieli zdanie Zeusa w czterech literkach i się nie pozabijają ;-; No i mam nadzieję, że ani Piper i ani Annabeth nie zginęły... Z niecierpliwością czekam na następny rozdział :)
OdpowiedzUsuńDziękuję :D
UsuńBłagam, błagam, błagam cie nie zabijaj moich ukochanych chłopców. Niech zawrzą sojusz. Proszę cię. Jestem zrozpaczona. Niech nie umierają. Proszę, proszę, proszę!!!
OdpowiedzUsuńA tak z innej beczki. To mógłbyś czasem zamiast pisać ciągle ,, Percy'' to można napisać ,, chłopak'' ,, syn Posejsona''. Tak to jest bardzo fajnie. Zapraszam do siebie. Mój blog jest na podstawie Perce'go i Felixa Neta i Niki.
felixnetinikaorazbogowieolimpijscy blogspot.com
Dziękuję :) Staram się nie robić powtórzeń, ale czasami nie wychodzi ;___; Dobra, mniejsza :)
UsuńPozdrawiam, Jacper
Po pierwsze: kto zginął? Dobrze, że nie Leo. Ale oni będą walczyć? Proszę, nie zabijaj ichh!! Hahah ;p
OdpowiedzUsuńRozdział świetny, już nie mogę doczekać się kolejnego! :)
Gratuluję dostałaś nominowana do Lba!!
OdpowiedzUsuńWięcej info u mnie!!
http://i-will-never-stop-dreming.blogspot.com/